Pierwszy i jednyny z Tanith – Dan Abnett 06 11 2010 | zapowiedzi

“W mrocznej, gotyckiej przyszłości świata Warhammer, w roku 40.000 ludzkość znajduje się na krawędzi zagłady. Imperium, walczące o przetrwanie w galaktyce, stawia czoła wciąż nowym niebezpieczeństwom. W skażonych przez Chaos światach Sabbata, komisarz Imperium Ibram Gaunt musi walczyć zarówno z legionami Chaosu, jak i wewnętrznymi starciami między regimentami.

Pierwszy i Jedyny z Tanith jest epicką opowieścią o planetarnych podbojach, wielkich ambicjach, zdradzie i honorze.” – cytat z okładki.

Pierwsza z długiej serii nowel traktujących o Imperialnej Krucjacie na Światy Sabbat i służącym na niej Pierwszym Regimencie Tanith, znanym szerzej jako Duchy Gaunt’a. Wraz z kolejnymi książkami: Komisarz Gaunt i Nekropolia tworzy pierwszą trylogię tego cyklu (“The Founding” – to by było “Założenie” czy “Utworzenie” albo “Powołanie” patrząc na kontekst).
Prosto z mostu powiem, że mam mieszane odczucia po przeczytaniu tej książki, ale może zaczniemy od początku.
Zacznijmy od pisarza. Dan Abnett jest znany fanom Wh40k i Wh fantasy jako pisarz solidny, z dużą dozą pomysłowości i doświadczenia. Potrafi stworzyć świetne opisy i zbudować klimat, co jest widoczne w zasadzie we wszystkich książkach o Duchach Gaunt’a. W książce obecne są dobrze opisane walki z wyznawcami Chaosu jak i garść błyskotliwych intryg i akcji poza polem bitwy. Jest to plus – trzymanie się ściśle pola bitwy niekoniecznie może wyjść na dobre pisarzowi, książce i czytelnikowi. Ten ostatni ma chwilę na “odpoczynek” od wszechobecnej wojny. Tym samym akcja na Pirycie czy Absalomie nie dość, że orzeźwia, to jeszcze jest interesująca i momentami zaskakująca. Ponadto, Abnett potrafi stworzyć świetne postacie (kto zna Komisarza Blennera ten wie o czym mówię) reprezentujące sobą różne poglądy i motywy postępowania.
Dobra, posłodziłem, więc teraz dolejemy nieco goryczy. Przede wszystkim książka ma budowę w postaci opowiadań. Można uznać, że są one chronologicznie ułożone – gdyby nie wstawki w postaci wspomnień z przeszłości Ibrama Gaunt’a. Budowa “opowiadaniowa” powieści jest jednocześnie intrygująca i męcząca dla czytelnika. Nie ma zachowanej tak naprawdę ciągłości akcji (aczkolwiek może to za ostre słowa).
“Komisarz Gaunt” ma podobną budowę co powyżej, natomiast dalsze książki nie (w szczególności “Nekropolia”). Dlaczego? Otóż Duchy Gaunt’a zadebiutowały w postaci opowiadań w którymś numerze White Dwarf’a (i byc może Inferno!). Nietrudno zgadnąć, że spodobały się czytelnikom i Abnett zaczął skrobać cykl nowel. Pierwsze książki z tego powodu trochę na tym cierpią – jest mało informacji (m.in. o początkach Duchów Gaunt’a dowiadujemy się dopiero w następnej książce, co trochę przeczy nazwie), stosunkowo mało “fluffu” dla ludzi nieobeznanych z 40k. Książka jest trochę chaotycznie napisana. Ponadto, bardzo mało jest motywów, opisów i sytuacji które wyróżniają świat 40k od innych sci-fi. Momentami miałem wrażenie, że Gwardziści z tej książki to jacyś Starship Troopers wrzuceni do kotła razem ze świrami od Chaosu.
Zauważyłem też pewną drobnostkę. Otóż Abnett świetnie ukazuje skażenie ciała i umysłu jakie wywołuje Chaos; zaś sami wyznawcy i żołnierze Rujnujących Mocy wzbudzają to co powinni – strach i odrazę. Za to Abnett całkowicie olewa Imperialną stronę wiary. Zero fanatyzmu, zero płomiennych przemów, zero kapłanów Eklezjarchii a nawet zero Tech-Kapłanów i jakichkolwiek wzmianek na temat Boga-Maszyny (oprócz jednej, góra dwóch które można zamknąć w 1 zdaniu). Cóż…
Wszystko to da się jeszcze przetrawić – początki, pisane na szybko pod wpływem presji czytelników i firmy są najtrudniejsze. Ciężko jednakże przetrawić polskie wydanie tej książki.
Przede wszystkim miażdżąca ilość literówek. Takie kwiatki jak np. “powoduj” czy “kopce-narkotyczne” to hardkor który rzadko widzę na druku rzuconym w obieg. Powód tego jest jasny – przetłumaczony tekst nie przeszedł profesjonalnej korekty.
Kolejna sprawa to tłumaczenie. Przykładem może być nazewnictwo planet które mnie zmiażdżyło. “Dziesiąta Gylatus” lub “Druga Fortis” – to są nazwy planet? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Widziałem za to np. “Fortis Secundus” lub angielskojęzyczne “Fortis Binary” którego raczej się nie tłumaczy. Ktoś powie, że “przetłumaczone musi być wszystko”. A ja powiem “nawet kosztem powagi książki?” A jeśli ktoś się upiera przy polskości, to czy nie lepiej brzmiałoby “Fortis II”?
Innym problemem jest decyzja marketingowców o dodaniu do oryginalnego tytułu całkiem zbędnych słów. W oryginale książka nazywa się “First and Only”. Pierwszy i Jedyny. Po co te “z Tanith”?

Podsumowując, książka mimo swoich wad jest poczytna i wcale nie najgorsza z serii. Jednakże, nie polecam jej ludziom uważnym, krytycznym ani nie zaznajomionym ze światem Warhammera 40 000.

Autor recenzji: Ethereal