Dan Abnett – Nekropolia 05 11 2010 | zapowiedzi

“Na rozdartej wojną planecie Verghast, Komisarz Ibram Gaunt i jego żołnierze trafiają w sam środek krwawej wojny domowej. Gdy zdradą i podstępem wróg zdobywa mury oblężonego miasta-kopca, wśród dotychczasowych towarzyszy broni rodzi się rozgoryczenie i wzajemna nienawiść. Duchy z Tanith nigdy wcześniej nie były tak blisko ostatecznej zagłady.

Czy Gauntowi uda się uratować Vervun przed mrocznymi legionami Chaosu? Czy znajdzie sojuszników w tej misji? Czy uda mu się zwerbować nowych żołnierzy do zdziesiątkowanego regimentu i ponownie zjednoczyć Duchy?” – cytat z okładki.

Trzecia część pierwszej trylogii nowel traktujących o losach komisarza-pułkownika Ibrama Gaunt’a i jego Duchów z Tanith podczas krucjaty o Światy Sabbat.
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że drugą część – “Komisarza Gaunta” – zrecenzuję niedługo. Zdecydowałem się najpierw na “Nekropolię” z osobistych powodów.
Na wstępie nadam nieco sensu mojej wypowiedzi – “Nekropolia” to w mojej skromnej opinii najlepsza z książek pierwszej trylogii. Ktoś może powiedzieć, że to dlatego, bo pozostałe dwie nie są dla niej konkurencją – ja odpowiem, że to nie ma znaczenia. “Nekropolia” to naprawdę dobry kawałek literatury.
Książka traktuje praktycznie w całości o moim (i zapewne nie tylko moim) ulubionym aspekcie wojny – mianowicie o walce w terenie miejskim. Strzelanina na ulicach, oczyszczanie ruin z wrogów, partyzantka, wszechobecny gruz, potężne mury i fortece, walka do ostatniego człowieka, płonące wraki czołgów i pojazdów pancernych tarasujące ulice – ta książka to kwintesencja słowa cityfight.
Akcja jest wartka, opisy świetne a niektóre sytuacje zaskakujące. Są również drobne epizody mające posmak intrygi oraz rozdziały traktujące o życiu w zrujnowanym, ogarniętej wojenną pożogą mega-metropolii. Nie ma ich zbyt wiele (a szkoda), ale te które są stanowią przyjemną odskocznię od wszechobecnej rozwałki.
Dan Abnett po raz kolejny popisał się pomysłowością i świetnym opisem sługusów Chaosu. Zoicanie idealnie wpasowują się w archetyp najgorszego możliwego wroga, aczkolwiek w porównaniu do innych książek gdzie antagonistą jest Chaos brakuje nieco plugawego czarnoksięstwa i nieludzkiego bestialstwa jakie cechuje świrów spod ośmioramiennej gwiazdy.
Opisy walk są również bardzo dobre, aczkolwiek pod koniec książki widać wyraźnie, że Abnett dostał zadyszki. Starcia które mogły stanowić fabułę dla połowy książki są spłycane do kilku zdań, co najwyżej jednego akapitu. Mimo to, niektóre walki są wręcz boskie – najlepszą z nich jest w mojej opinii Pierwszy Szturm Zoicanów na mury Vervun. Zastosowanie machin oblężniczych zostało tamże świetnie pokazane (kto czytał, ten zna “pająki” i “kraby”).
Wspomnieć też należy o tym, że Abnett dał nieco więcej wzmianek o fanatyzmie i religii która kieruje życiem i działaniami Imperialistów. Jest to krok naprzód w porównaniu do poprzednich książek, ale w moim odczuciu to wciąż za mało.
Dobra, koniec słodzenia. Książka ma dużo zalet, ale także sporo wad. Pierwszą z nich jest to, że pisarz nie potrafił uczepić się konkretnego przedstawienia pola walki. Narracja skacze między poszczególnymi żołnierzami, czasem zawisa nad polem walki. Wygląda to nieco chaotycznie – lecz i tak o niebo lepiej niż w poprzednich książkach, bo jest zachowana ciągłość akcji. Niestety, skakanie między wieloma bohaterami (mimo iż pozwala ukazać wielkie wydarzenia w szerszym obiektywie) sprawia, że postacie są bardzo mało rozwinięte. Narracja skupia się na akcji, czytelnik tak naprawdę niewiele wie o bohaterach i zna tylko ich najbardziej widoczne cechy lub chwilowe przemyślenia. Przy czym wspomnieć należy, że Abnett ma jakiś fetysz do “bohaterów ostatniej akcji” – postaci które umieszcza tylko po to, by coś zrobiły, skasowały paru wrogów i same padły, najczęściej w bardzo brutalny sposób. W teorii ma to ukazywać okropieństwa wojny, ale w praktyce daje wrażenie, że “wewnętrzny krąg bohaterów” jest nieśmiertelny a każdy anonimowy koleś któremu nadaje się imię jest do odstrzału. Groteska.
Kolejną wadą jest rzecz która wnerwiła swego czasu pewnych fanatyków świata Warhammer 40 000, mianowicie tzw. “Abnett-verse”. Dan Abnett ma własne spojrzenie na świat Wh40k i czasami jest to widoczne – na przykład właśnie w “Nekropolii”. Przedstawił czołgi Leman Russ jako pojazdy szybkie i stosunkowo zwrotne w miejskim terenie – niczym jakieś Abramsy czy inne realnie istniejące pojazdy pancerne. Ponadto, dość łatwo takowe puszki u Abnetta wybuchają, rozpadają się, eksplodują czy w inny sposób znikają z pola bitwy. Autor chyba zapomina o tym, że pancerz Leman Russ’a w porywach dochodzi do 200 mm, a prędkość maksymalna na otwartym terenie wynosi 30-35 km/h. Poza tym, dochodzi kaliber działa Demolisher’a, wariantu Leman Russ’a. Sto dziesięć centymetrów… tysiąc sto milimetrów? Najcięższe pociski używane za Drugiej Wojny Światowej miały osiemset milimetrów i były przeznaczone dla dział na pociągach pancernych. Toż to jakiś absurd. Ponadto lufa czołgu Leman Russ Demolisher nie wygląda na kaliber 1100 mm… Inne ciekawostki to na przykład obdarzeni nadnaturalnym słuchem żołnierze Vervun, którzy słyszą wyraźnie nawoływania swoich rodaków podczas warty na Murze Zaporowym. Ciekawe, biorąc pod uwagę że są grubo ponad kilometr nad ziemią.
Na koniec zostawiłem sobie kwiatki w tłumaczeniu i korekcie. Na wstępie powiem, że jest dużo lepiej niż wcześniej – lecz nadal zdarzają się co zabawniejsze przykłady. Zaraz na początku mamy “Bazylikę Eklezjarchy”. Powinno być “Bazylikę Eklezjarchii”. Eklezjarchia to jedna z nazw zastępczych dla Adeptus Ministorum, imperialnych klechów.
Innym przykładem jest wciąż powtarzające się tłumaczenie łacińskich liczebników porządkowych przed imperialnymi nazwami planet (Podwójna Fortis etc.). No ale dyskusja o tym była przy okazji poprzedniej recenzji. Tam odsyłam zainteresowanych.
Najmocniejszym tekstem, który był bardziej błędem tłumacza niźli błędem w tłumaczeniu, jest “osłona przeciwpancerna”. Kiedym to zobaczył, to poprawił mi się humor na cały dzień.
Kwiatków w tłumaczeniu jest dużo mniej niż wcześniej, nie znalazłem nic ponad wymienione powyżej. Mamy jednak w książce sporo literówek i błędów w korekcie. Przykładowo “Brama Weyveyr” zamiast “Brama Veyveyr”, brak znacznika dialogowego przy wypowiedzi generała Grizmunda na murze (tj. brak myślnika – tekst wygląda jakby był opisem miast dialogiem, dezorientuje strasznie). Na koniec dodam coś hardkorowego – “obrotowa wieżyczka automatycznych wyrzutni granatów”. Nie wiem co to jest za potwór.

Podsumowując, książka ma swoje wady, ale to naprawdę drobnostki (a przy niektórych można puścić nawet salwę śmiechu). Dla fanów Wh40k oraz walk w miastach i wielkich fortecach jest to pozycja obowiązkowa. Pozostałym również polecam – jak już wspominałem wcześniej, to dobry kawałek literatury. I to w lekkim klimacie Stalingradu.

Autor recenzji: Ethereal