Dan Abnett – Komisarz Gaunt 04 11 2010 | zapowiedzi

“Zagłębili się w porośnięte czarnymi drzewami ostępy mrocznych puszczy Voltemand. Gąsienice rozjeżdżały błoto na drogach. Ryk silników odbijał się od zwartej kopuły liści. Po dwóch godzinach jazdy pułkownik Ortiz ujrzał śmierć. Stała nieruchomo między drzewami, nie kryjąc się i obserwując kolumnę Bazyliszków. Właśnie ten brak ruchu zmroził serce Ortiza. Dopiero po chwili zrozumiał, co zobaczył.

Postać była dwukrotnie wyższa od człowieka, odziana w rdzawokrwisty pancerz, zwieńczony zakrzywionymi miedzianymi rogami. Jej twarz była jak pośmiertna maska. Demon… Wojownik Chaosu… Pożeracz Światów!” – cytat z okładki (i jednocześnie fragment książki)

Druga część pierwszej trylogii nowel traktujących o losach komisarza-pułkownika Ibrama Gaunt’a i jego Duchów z Tanith podczas krucjaty o Światy Sabbat.
Zgodnie z tym co pisałem przy okazji “Nekropolii”, nadrabiam zaległości i przedstawiam Wam recenzję “Komisarza Gaunt’a”.
Od razu powiem, że “Komisarz Gaunt” w moim odczuciu jest książką najgorszą z pierwszej trylogii.
Podobnie jak “Pierwszy i Jedyny z Tanith”, książka jest zbiorem opowiadań. Co ją różni od poprzedniego tytułu to brak silnych powiązań między kolejnymi opowiadaniami. Opisują one poszczególnych członków “wewnętrznego kręgu” bohaterów podczas następujących po sobie misji i bitew w ramach krucjaty. Zaletą jest duża skarbnica wiedzy o poczynaniach i losach krucjaty (jeśli kogoś to oczywiście interesuje). Wadą jest brak ciągłości fabularnej. Poszczególne opowiadania są nieudolnie spajane podobną tematyką i wstawkami dziejącymi się na planecie Monthax – czyli “tu i teraz” (pozostałe opowiadania są utrzymane w konwencji retrospekcyjnej).
Zrecenzuję pokrótce wszystkie opowiadania (pomijając oczywiście wstawki).

Twórca Duchów
Jedno z gorszych opowiadań z książki. Opisuje ono Powstanie regimentów Tanith, zagładę tej planety z rąk Chaosytów i desperacką ucieczkę tanithiańskich regimentów. Opowiadanie jest krótkie, nie wyjaśnia praktycznie nic i jest strasznie ubogie w akcje, postacie a nawet logikę.
Druga połowa opowiadania skupia się na “chrzcie bojowym” Pierwszego i Jedynego na planecie znanej jako Czarny Kryształ. Trochę akcji, trochę rzeźni – szybki start i równie szybki koniec. Nic specjalnego.
Każde z opowiadań skupia się na konkretnych postaciach, aczkolwiek w tym pierwszym nie ma jakiegoś szczególnego nacisku na żadną z nich – chociaż najwięcej uwagi poświęcono Gaunt’owi.

Krew za Krew
Opowiadanie lepsze od poprzedniego. Zdecydowanie bardziej spójne. Jednakże, tutaj akurat jest uwidoczniony przykład Abnett-verse (wspomnianego przeze mnie przy okazji recenzowania “Nekropolii”). Zaraz na początku czytelnik poznaje Chaos Marines z legionu Pożeraczy Światów. Dość zabawnie ich przedstawiono – swoimi toporami potrafią rąbać czołgi z których wypadają kawałki ciał, a sami nie mogą oprzeć się garstce laserowych promieni ze słynnych, gwardyjskich “latarek”. Zawsze myślałem, że pojazdy Gwardii mają grubszy pancerz a Marines Chaosu są nieco twardsi…
Dalej akcja rozwija się i już nie jest tak źle. Próba infiltracji warownego miasta zajmowanego przez Khornistów i pomysłowy sposób odparcia Tanithiańczyków idą na plus. Tak samo “drobna” sprzeczka między Błękitnokrwistymi z Volpone a Tanithiańczykami oraz zakończenie opowiadania dodają polotu całemu tekstowi.
W opowiadaniu głównym bohaterem jest pułkownik Colm Corbec, prawa ręka Gaunt’a i jego zastępca.

Bezgłośny Szał
Kolejne opowiadanie jest krótkie, ale dobre. Jak na książki o Duchach Gaunt’a temat jest sporą innowacją – akcja w utworze ma miejsce po zwycięstwie nad siłami Chaosu na planecie Ramillies, zaś Duchy biorą udział w sprzątaniu niedobitków i biegają po lasach.
Opowiadanie traktuje o starciu zwiadowców z przeciwnikiem w niezwykle trudnym terenie, gdzie każdy dźwięk może nieść ze sobą śmierć, a wróg jest zajadły i potężny mimo okaleczeń. Plus za pomysłowy teren akcji oraz końcówkę, gdzie Mkoll (sierżant i szef zwiadowców w regimencie, bohater opowiadania) dokonał świetnej improwizacji by wyjść z bagna w całości.

Przedsionek Piekła
Nieco dłuższe, lecz średnich lotów opowiadanie. Nie ma tutaj wyszczególnionego konkretnego bohatera. Narracja skacze głównie między dwoma grupami Tanithiańczyków na powierzchni Kaliguli, świata miast-kopców, po nie do końca udanym desancie.
Akcja jest wartka – nawet aż za bardzo. Walka o kopce zawsze kojarzyła mi się z długą i zażartą rozwałką, a tutaj mamy to przedstawione po macoszemu. Ponadto, bohaterowie zbyt szybko i zbyt łatwo dochodzą do tzw. sedna sprawy i równie szybko (jeśli nie szybciej) owe sedno sprawy rozwiązują. Opowiadanie miało potencjał, jednakże został on zmarnowany.

Anioł
Krótkie, ale zdecydowanie najlepsze opowiadanie z całej książki. Ba, kładzie na głowę całego “Pierwszego i Jedynego” i dorównuje najlepszym fragmentom “Nekropolii” (lub nawet je przewyższa). Bohaterem jest najlepszy snajper w regimencie, Szalony Hlaine Larkin.
Opowiadanie traktuje o trudnym starciu z Chaosem na planecie Bucefał, gdzie Larkin ze strachu dezerteruje, jednak wreszcie odnajduje w sobie odwagę mimo ogromnego wysiłku. A to głównie dzięki tajemniczej istocie, z która prowadził rozmowę…
Mało akcji, ale “towarzysz” Larkina i dialog między nimi są po prostu świetne. Zakończenie natomiast jest zaskakujące i daje do myślenia. Gdyby cała książka była napisana w podobnym stylu, byłaby najlepszą w całej trylogii.

Siła Giganta
Powrót na Kaligulę, gdzie Tanithiańczycy biorą udział w sprzątaniu grasujących po pustyni bandytów (niedobitków Chaosu) i konwojowaniu zapasów do bardziej zdewastowanych miast-kopców. Bohaterem jest Bragg, napakowany i jednocześnie niezwykle spokojny Duch o potężnej posturze i kiepskim oku.
Opowiadanie jest dość interesujące, przypomina też nieco stare westerny gdzie Indianie okrążali obronny krąg wozów należących do białych kolonizatorów. Zaskakiwać może zakończenie utworu, gdzie okazuje się, że Bragg wcale nie jest taki tępy na jakiego wygląda. Natomiast najpoważniejszą wadą utworu jest niewielki nacisk położony na stronę przeciwną. Nie ma prawie żadnych informacji o wrogu, oprócz kilku wzmianek. Czytelnik może mieć wrażenie, że te zakamuflowane wśród wzgórz i piasków działka strzelają same z siebie, a ewentualna obsługa jest niewidzialna/nierozpoznawalna/nieistotna (niepotrzebne skreślić).

Wieczna Zmarzlina
Utwór traktujący o krótkim, acz interesującym epizodzie w krucjacie – mianowicie o walkach na ósmej planecie systemu Typhon, pokrytej wiecznym lodem pod którym kryje się wrzące morze stworzone z węglowodorów. Duchy uwikłały się tu w ciężkie walki z awangardą orczego Waaagh! Bohaterami opowiadania są major Elim Rawne oraz znienawidzony przez niego Ibram Gaunt.
Opowiadanie jest interesujące. Akcja jest wartka, opisy są świetne. Wprowadza też powiew świeżości do cyklu o Duchach Gaunt’a – orków. W ciągłej harataninie z siłami Chaosu, taka odskocznia jest mile widziana.
Są również pewne wady, a dokładniej dwa motywy – bohaterowie korzystający z “Orky Tech” (a powszechnie wiadomo, że tylko orkowie potrafią należycie korzystać z tego, co sami tworzą) oraz motyw z morzem węglowodorów i kolorowym lodem. Nie jestem chemikiem, ale wydaje mi się to naciągane. Mimo to, opowiadanie wychodzi na plus.

Braterstwo Krwi
Opowiadanie traktujące o Dordenie, głównym medyku Pierwszego i Jedynego, oraz jego bliskim towarzyszu – pułkowniku Corbecu. Tak jak w poprzednim opowiadaniu, nie są tutaj pokazane wielkie bitwy ani ogólna rzeźnia charakteryzująca inne zmagania w czasie krucjaty. Utwór opowiada o bohaterskiej akcji tyłowej grupy ochotników ratujących rannych żołnierzy, pozostawionych samych sobie.
Ten kawałek książki idzie zdecydowanie na plus, głównie za pomysł, relacje między Gwardzistami oraz postać Dordena. Jest też nieco naciągane – garstka żołnierzy broniąca się przed dziesiątkami, setkami Chaosytów. Da się to jednak jakoś przetrawić, patrząc na pozostałe wybryki pisarza…

Prosty Plan
Kolejny fragment zbioru dzieje się na (prawie) wodnym świecie Sapiencia, gdzie głównym bohaterem jest Caffran, jeden z młodszych żołnierzy z Pierwszego i Jedynego. Duchy, Węże z Ketzok oraz Błękitnokrwiści z Volpone zostali zrzuceni na tą planetę, a konkretnie na wyspę Oskray celem odzyskania silnie ufortyfikowanego miasta-rafinerii z rąk kultu Kith, zajadłych wyznawców Khorne’a, dowodzonych przez Magistra Sholena Skara.
Utwór zaczyna się obiecująco (klimat trochę jak z pierwszej sceny “Szeregowca Ryana” i innych filmów traktujących o D-Day) i przez kilka następnych stron jakoś ten klimat ciągnie, jednakże druga połowa to już ciąg nieścisłości. Od murów kilometrowej wysokości, w których dziurę potrafi wybić zwykły prom czy armata, po absolutnie niezrozumiałą decyzję o zaprzestaniu ataku Duchów. Wspomnieć należy także o nieprawdopodobnym przejawie kretynizmu u Khornistów i Sholen Skara.

Polowanie na Czarownice
Krótkie i tchnące świeżością opowiadanie dziejące się na transportowym statku ponad planetą dżungli Monthax. Główne skrzypce gra tutaj postać Brina Milo, jedynego cywila odratowanego z zagłady Tanith, adiutanta Gaunt’a który razem ze swoimi towarzyszami urządza małe oszustwo za pomocą którego ogrywa żołnierzy z innych regimentów.
Opowiadanie jest bardzo dobre. Nie ma w nim ani krztyny walk i ani jednego wystrzału, co daje nieco odpoczynku czytelnikowi od ciągłej, zlewającej się w jedno masakry. Rozwiązanie intrygi jest proste a jednocześnie dobrze pomyślane i jeszcze lepiej zareprezentowane.
Na minus z pewnością idzie postać Inkwizytor Lilith. Bardziej niekompetentnej osoby na nieodpowiednim stanowisku jeszcze w Duchach Gaunt’a nie widziałem. Postać ta jest denerwująco prowokująca, za bardzo zamotana w prostackich zagrywkach i intrygach – a na koniec okazuje się, że jej podchody są całkowicie bez sensu. No, ale czasem przydaje się, jak jakiś bohater książki traci twarz…

Mroczna Tajemnica
Ostatnie, najdłuższe opowiadanie nawiązuje do wstawek “tu i teraz” między pozostałymi fragmentami zbioru i jest spójne fabularnie. Akcja dzieje się na powierzchni Monthax i traktuje (jakżeby inaczej) o walce z tutejszą armią Chaosu. Akcja jednak szybko gęstnieje, dochodzi niekontrolowana, psioniczna burza oraz bardzo duża ilość bezsensownych akcji. Wspomnieć też należy o cudownej magii która zmienia Duchy w maszyny do zabijania poddane niezłym jazdom (czterdziestkowe LSD?) Zdecydowanie na minus, utworu nie ratują nawet przedstawiciele pewnej obcej rasy, którzy są twórcami tego burdelu. Końcówka sięga blisko dna. Rozwiązanie intrygi niewiele wyjaśnia i jest bezsensowne z punktu widzenia Duchów i reszty Imperium.

Trzeba też dodać coś o tłumaczeniu. O ile w książce nie zdażyło się zbyt wiele literówek czy rażących błędów, to jednakże tłumaczenie czasem jest paskudne. Przewijający się motyw nazw planet (np. Ósma Typhona), Eklezjarchy (zamiast Eklezjarchii) czy nazw własnych (np. osławiony andromech w miejsce Chaos Dreadnought czy planety Bucefał miast Bucephalon i Kaligula miast Caligula – acz to ostatnie jeszcze da się przełknąć). Znajdą się też literówki: Vuul zamiast Vaul czy też “peenów” zamiast “peemów” (aczkolwiek tutaj być może chodziło o “pistolety energetyczne” zamiast “pistolety maszynowe”). Na koniec daję bezsensowną decyzję marketingową dotyczącą nazwy książki. Otóż książkę nazwano własnie “Komisarz Gaunt” zamiast “Twórca Duchów” (Ghostmaker). Zawsze byłem przeciwny zmianom nazw utworów.

Podsumowując, “Komisarz Gaunt” jest najgorszą książką z pierwszej trylogii o Duchach Gaunt’a. Nieścisłości, dziwne zachowania niektórych bohaterów, naciągane motywy, jednostajna i miałka akcja (której nie ratują nawet pomysłowe sytuacje), słabo zarysowani bohaterowie, błędy w tłumaczeniu oraz słaba końcówka ciągną tą pozycję w dół, głęboko w dół. W zasadzie tylko opowiadanie “Anioł” zasługuje na oklaski. Tylko dla fanów Wh40k lub osób, które chcą skompletować cały cykl nowel o Duchach lub pierwszą trylogię.

Autor recenzji: Ethereal