Dan Abnett – Karabiny Tanith 03 11 2010 | zapowiedzi

“Niespodziewany atak hordy Chaosu powstrzymał Krucjatę o Światy Sabbat. Wojska Imperium zostały odcięte od baz zaopatrzenia. Brakuje amunicji i paliwa. Komisarz-pułkownik Gaunt wraz z Pierwszym i Jedynym z Tanith muszą zdobyć Phantine, świat bogaty w prometan, ale tak skażony, że jedyną możliwością ataku jest desant z powietrza. Jest to niebezpieczny i jak dotąd niesprawdzony manewr.

Czy w zetknięciu z zabójczym otoczeniem i śmiertelnym wrogiem Gaunt i jego żołnierze mają szanse na przeżycie?” – cytat z okładki.

Druga część drugiej trylogii nowel traktujących o losach komisarza-pułkownika Ibrama Gaunt’a i jego Duchów z Tanith podczas krucjaty o Światy Sabbat.
Pozdrawiam wszystkich czytelników. Dzisiaj przedstawiam Wam recenzję ostatniej z wydanych w Polsce (jak do tej pory) książek z cyklu Duchów Gaunt’a. Dawniej na 40k.pl recenzowałem już “Karabiny Tanith”, jednakże nie była to dobra praca i sporo od tamtej pory się zmieniło. Waszej ocenie pozostawiam to, czy na lepsze.
Słowem wstępu powiem, że książka jest całkiem mocną pozycją którą postawić należy na równi z “Nekropolią” i “Gwardią Honorową”. Abnett trzyma poziom.
W tej noweli sytuacja dla krzyżowców Imperium staje się nieprzyjemna (jak widać po cytacie z okładki). Duchy Gaunta zostają wysłane na Phantine, świat, gdzie ośrodki cywilizacji są położone na szczytach dawnych miast-kopców i najwyższych gór, ponad pokrywą toksycznych chmur. Naprzeciwko nich najcięższy przeciwnik z jakim mogli spotkać się od czasu Zoicanów (a pod pewnymi względami nawet gorszy od nich) – Krwawy Pakt, karni i zdyscyplinowani żołnierze wyznający Khorne’a, oraz wspierające ich najemne stada loxatli, rasa morderczych Xenos.
Nie będę owijał w bawełnę. Książka jest dobra. To naprawdę solidny kawał militarnego sci-fi. Abnett nadal potrafi świetnie oddać kreowany świat za pomocą opisów i akcji. Utwór wciąga, czyta się go od deski do deski i nie pozwala od siebie oderwać. Występuje tu syndrom “jeszcze jednej strony”. To dobra rzecz, ale nowela ta jest zdecydowanie zbyt krótka – tak jak pozostałe. Szybko wchodzi i szybko schodzi.
Podobnie jak poprzednie dwie nowele, “Karabiny Tanith” mają ciągłą, jednolitą budowę, bez retrospekcji ani opowiadań.
Rzeczą, która w szczególności może iść na plus w tej części Duchów jest akcja. W “Karabinach Tanith” jest sporo zwrotów akcji, zaskakujących momentów i pomysłowych motywów które nie pojawiły się w poprzednich książkach. Już samo pole bitwy – pokryte kopułami miasta ponad chmurami, gdzie błąd pilota desantowca albo awaria ekwipunku wróżą śmierć na różne paskudne sposoby, które łączy wspólny element – upadek.
Jeszcze jednym plusem jest wreszcie porządny, długi kawał książki (parę rozdziałów) opisujących życie żołnierzy w zdobytym mieście i kolejną intrygę w którą zostają wplątane Duchy – tym razem nieco odmienną i bardziej ponurą niż wcześniej. Pomysł na owo wydarzenie sam w sobie jest prosty, wykonanie również, ale nadal świetnie się to czyta.
Jeśli chodzi o postacie, to trzymają poziom. Wprawdzie brakuje tu nieco tych pikantnych dialogów z poprzedniej części, to w ogólnym rozrachunku wszystko wychodzi tak jak być powinno. Postacie są znacznie bardziej ubarwione niż dotychczas, ale Abnett w tej części sporo z głównych bohaterów olał. Akcja de facto skupia się na kilku postaciach. Po macoszemu potraktowano “stałych bywalców” takich jak Corbec czy Rawne. Mało miejsca poświęcono też świetnie wykreowanej postaci kapelana Zweila. Abnett wyraźnie skupił się głównie na Kolei, komisarzu Hark i paru innych. Niektórych fanów serii może to trochę zawieść. Ale, wstawiam plusa za niektóre epizodyczne wystąpienia (kto czytał, ten kojarzy “wybryk” Aguna Sorica w szpitalu).
Wspomnę coś o wrogach z którymi biją się Duchy tym razem. Krwawy Pakt to formacja która pierwszy raz na kartach serii pojawia się właśnie w tej książce, aczkolwiek jest dobrze znana fanom 40k i realiów Krucjaty o Światy Sabbat. Powstały nawet dla nich i dla loxatli zasady (a dokładniej army list) do bitewniaka. Czytelnik może odczuć, że tym razem Duchy walczą z kimś na poziomie. Wcześniej, w siłach Chaosu służyli jedynie porąbani sekciarze z minimalnym przeszkoleniem wojskowym i deficytem mózgu w czaszce albo jeszcze bardziej walnięci i bestialscy Chaos Space Marines (a przynajmniej tak przedstawił ich Abnett u siebie). Krwawy Pakt to konkretny wróg – wytrenowani wojownicy, zdrajcy z sił Imperium i inni obeznani z taktyką zabijacy. Korzystają ze świetnie dobranej taktyki oraz uzbrojenia i ekwipunku (co widać czarno na białym podczas inwazji na Cirenholm w “Karabinach”), aczkolwiek Abnett chyba dostaje potem zadyszki, bo trochę się panowie Chaosyci degenerują. Można w pewnym momencie w ogóle nie zauważyć różnicy między nimi a fanatykami pokroju Kith czy Infardi. Cóż…
Jeśli chodzi o sprawę polskiego wydania, jest tak jak uprzednio. Dużo mniejsza liczba błędów, obecność korekty – wszystko idzie na plus. Poprawiono chociażby imię i tytuł Machariusa, Lorda Solar od czasów “Gwardii Honorowej”. Wychwyciłem jednakże parę drobnych nieścisłości. Mianowicie na str. 53 jest taki fragment, cytuję “Po chwili pilot włączył ciąg silników, przywracając grawitację […]” Nie jestem fizykiem, ale o ile wiem, nie da się “zabrać” ani “przywrócić” grawitacji na planecie – ona zawsze jest. Dalej: “śmiecie w ogródku”. Może to akurat czepialstwo, ale lepiej brzmi “śmieci w ogródku”. Za to na sam koniec książki wkradła się literówka “Cirenholmy” zamiast “Cirenholmu”.
Co do zakończenia książki – może trochę zaszokować fana Duchów i z pewnością jest zaskakujące. Jednak okazuje się, że wewnętrzny krąg bohaterów jest do ruszenia. Brawa dla pana Abnetta za odwagę.

Podsumowując, książka jest przednia. Polecam wszystkim fanom militarnej fantastyki. Nie muszę chyba mówić, że to mus dla fanów Wh40k i Duchów Gaunt’a?

Autor recenzji: Ethereal