Dan Abnett – Gwardia Honorowa 02 11 2010 | zapowiedzi

“Komisarz Gaunt i Duchy tym razem walczą na Hagii, świecie-świątyni, którego zdobycie ma istotne znaczenie taktyczne i duchowe. Gdy potężna flota Chaosu pojawia się w pobliżu planety, Gaunt i jego żołnierze zostają wysłani z misją uratowania najświętszych relikwii Imperium – szczątków starożytnej świętej, która przed tysiącleciami poprowadziła ludzkość ku gwiazdom.” – cytat z okładki.

Pierwsza część drugiej trylogii nowel traktujących o losach komisarza-pułkownika Ibrama Gaunt’a i jego Duchów z Tanith podczas krucjaty o Światy Sabbat.
Witam czytelników przy okazji kolejnej recenzji. Tym razem na celownik biorę (jak widać zresztą) “Gwardię Honorową”.
Na wstępie powiem, że książka jest świetna. Pod pewnymi względami bije “Nekropolię”, co jest naprawdę niezłym osiągnięciem. Wygląda na to, że Abnett z każdą kolejną książką rozkręca się coraz bardziej.
Książka traktuje o kolejnym epizodzie Krucjaty o Światy Sabbat – kontrnatarciu sił Imperium na Hagię, ojczystą planetę Św. Sabbat, duchowej przywódczyni całego rejonu gwiezdnego. Duchy (skomponowane teraz z rodowitych tanithiańczyków oraz rekrutów z Verghast) biorą początkowo udział w starciu o stolicę z siłami fanatycznych Infardi dowodzonych przez niejakiego Ojca Grzechu. Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i…
Tego dowiecie się czytając ten utwór. A mówię, że jest co czytać. Abnett zachował szczególne cechy swojego warsztatu literackiego: pomysłowość, trzymanie w napięciu i świetnie opisy krajobrazu oraz akcji. Bitwa o Bhavnager jest w mojej skromnej opinii
najlepiej, najobszerniej i najbardziej emocjonująco przedstawionym starciem w całym cyklu o Duchach Gaunt’a. Może to dlatego, że użyto tam wojsk pancernych, które świetnie się prezentują? Na czołgi jest położony dużo większy nacisk i realizm niż w “Nekropolii”. Widać również wyraźnie idealnie zgraną machinę wojenną, jaką jest piechota i wojska pancerne Imperialnej Gwardii. Opisy stawiają całe starcie na górnej półce. Duży plus również daję autorowi za wprowadzenie nowego sprzętu w rękach sił Chaosu (i jednocześnie opisanie go wystarczająco) jak np. czołg ciężki AT70 Korsarz czy działo samobieżne Uzurpator, produkowane na kontrolowanym przez Chaos świecie-kuźni Urdesh.
Jeśli chodzi o opisy krajobrazu, to na plus idzie przede wszystkim Święte Doktrynopolis (stolica planety) oraz cała wędrówka Duchów (tutaj jednak Abnett chyba dostał zadyszki, bo jakichś rozwiniętych opisów terenu nie ma).
W przeciwieństwie do pozostałych książek widać wielki skok do przodu w materii
postaci i dialogów. Szczególnie nowi bohaterowie zasługują na uwagę – ayatani Zweil, wyluzowany i żartobliwy misjonarz oraz Komisarz Viktor Hark.
Wspomniałem o dialogach. Wszystkie trzymają poziom poprzednich książek, ale jest
kilka rozmów które zdecydowanie biją na głowę wszystko co było (może oprócz “Anioła” z “Komisarza Gaunt’a”). Szczególnie pod koniec książki przybierają one bardzo naturalny tok i często mają w sobie wplecione żarty oraz (o dziwo, bo wcześniej tego nie było) przekleństwa. To jest, jak już pisałem, krok naprzód.
O zakończeniu powiem jedynie tyle, że jest trochę zbyt chaotyczne. Pisarz próbował przedstawić dynamiczne, bliskie katastrofy wydarzenia z wielu stron. Mimo to, końcówka jest zaskakująca.
Warto jeszcze dodać, że utwór zachowuje ciągłość fabularną. Nie ma tu opowiadań ani przerywników. Podobnie jak w “Nekropolii”, akcja brnie do przodu jednym ciągiem, aczkolwiek momentami zdecydowanie za szybko.
Ponadto, Abnett rozwinął opis wiary Imperium, używając do tego postaci Świętej Sabbat, jej świata i w zasadzie połowy rzeczy o której się w tej noweli mówi (co czasem może być męczące).
Są pewne wady, lecz jest ich niewiele w porównaniu do pierwszej trylogii. Przede wszystkim brak intryg i scen dziejących się “w cywilu” (może oprócz jednej, bardzo krótkiej). Czytelnik nie zobaczy tym razem zaplecza, życia cywilów, szwindli i intryg co bardziej cwaniakowatych Duchów, starć między regimentami ani nawet lazaretu, szpitala czy polowego namiotu medyka (oprócz tej jednej sceny, lecz nie wygląda to tak, jak wcześniej). Sytuację ratuje nieco opis wędrówki Duchów oraz zwiadu przeprowadzanego przez Mkolla, co daje nieco wytchnienia od kolejnych starć z Infardi – aczkolwiek to nie to samo.
Znajdzie się też parę drobnych błędów w tłumaczeniu lub rzeczowych, aczkolwiek mniej niż wcześniej. Powodem tego może być między innymi obecność profesjonalnej korekty.
Te które istnieją to znane już z pierwszej trylogii nazewnictwo planet oraz dwa inne. Posągi “Machariasa, Lorda Słońca”. Po pierwsze, nie “Macharias” tylko “Macharius”, po drugie “Lord Słońca” to raczej złe tłumaczenie “Lord Solar”. To jest tytuł nadawany wybitnym jednostkom w Imperium, dowódcom imperialnych armii. Wg. mnie nie powinien być tłumaczony, a jeśli nawet, to nie w ten sposób. Innym błędem w tłumaczeniu jest “Miecz Piekieł” za czołg typu “Baneblade”. Angielskie słowo “bane” tłumaczy się najczęściej jako “zguba”. Powinno być zatem “Miecz Zguby”. Ciężko mi się było domyślić z początku, o jaki czołg w tamtym momencie chodziło.
Są też dwa drobne błędy rzeczowe. Pierwszym jest określenie Gaunt’a jako “dowódcę z Tanith”. Błąd. Gaunt nie pochodził z Tanith, on dowodził żołnierzami z tej planety. Powinno być “dowódcę wojsk z Tanith” albo “dowódcę tanithiańczyków”. Drugim błędem jest określenie pojazdu typu Hydra jako “ciągnik”. Hydra nie jest ciągnikiem, jest to pojazd przeciwlotniczy i element wsparcia. Ciągnikami w siłach Imperium są Trojan i Atlas.

Wyłączając te drobne błędy, stwierdzam, że książka jest świetna. Polecam ją wszystkim fanom cyklu Warhammer 40 000, czytelnikom gustującym w militarnym science-fiction i nie tylko.

Autor recenzji: Ethereal