2012 03 02 2010 | zapowiedzi

Czy oglądania po raz setny jakiejś wielkiej katastrofy w kinie może jeszcze okazać się interesujące? Czy film może okazać się udany mimo dość nieciekawej fabuły? I czy Roland Emmerich po raz kolejny pokazał, że w rozwalaniu świata na wielkim ekranie jest niepokonany? Odpowiedź brzmi: trzy razy tak!

Na samym początku wspomniałem, że fabuła nie jest zbyt ciekawa i właśnie tym tematem zajmę się na początku. „2012” jest którymś już z kolei filmem ukazującym koniec świata. Z jednej strony mamy losy znanego pisarza i jego rodziny, z drugiej problemy i dylematy prezydenta Stanów Zjednoczonych, a do tego wszystkiego dodano trochę scen ukazujących całą sytuacje z perspektywy zwykłych, szarych obywateli, które zostały dodane tutaj jako przerywniki pomiędzy momentami, w których oglądamy głównych bohaterów. Fabuła rzeczywiście gra tutaj raczej drugorzędną rolę, ale moim zdaniem stwierdzenie, że została dodana na siłę, tylko po to, żeby film o czymś opowiadał jest bardzo krzywdzące. Na pewno nie mamy do czynienia z wielką, epicką historią, ale nie jest też tragicznie. Za dużo jednak według mnie było tutaj polityki, natomiast za mało wspomnianych wcześniej przeze mnie scen przerywnikowych. Nie obraziłbym się, gdyby film był z pół godziny dłuższy, ale za to dostalibyśmy obraz końca świata przedstawiony z wielu miejsc na ziemi.
Największą role w filmie odgrywają jednak efekty specjalne i to właśnie nim poświęcę najwięcej miejsca. Z tym, że są one genialne nie można się nie zgodzić, ale ja jednak spodziewałem się chyba czegoś troszkę lepszego. Co prawdą kilka scen, jak m. in. wielki wybuch w okolicach Yellowstone, czy wypłynięcie wielkich ark w morze zapada na długo w pamięć, ale wybierając się na film szczerze myślałem, że takich scen będzie więcej. Nie podobała mi się natomiast scena kiedy Jackson prowadząc limuzynę ucieka z miejsca gdzie zawala się cała okolica. Chociaż w sumie w tym przypadku to nie efekty zawiodły, ale ogólny idiotyzm tej sceny. Już to, że zawsze udaje mu się ujść z życiem w ostatnim momencie pozostawię bez komentarza, ale nikt mi nie powie, że jest na świecie ktoś kto prowadziłby samochód tak dokładnie i tak genialnie równo jak główny bohater. To samo można powiedzieć o locie samolotem, gdzie zawsze w ostatniej chwili uda się pilotowi uratować ludzi przed śmiercią. I to jest właśnie jak dla mnie największy grzech tej produkcji. Fabułę da się jeszcze przeżyć, ale te zadziwiające zbiegi okoliczności i niemożliwe wręcz szczęście bohaterów ogląda się bardzo dziwnie i psuje to odbiór całości. Jeżeli jednak ktoś wybrał się do kina głównie po to, żeby pooglądać sobie niecodzienne efekty specjalne to nie powinien być zawiedziony.
Jeżeli chodzi o taki film jak „2012” to nie ma co się za bardzo rozwodzić nad aktorstwem. W tym przypadku wypadło ono jak dla mnie bardzo dobrze i do każdej roli aktor został wybrany genialnie. John Cusack bardzo pasuje na pisarza, który ma niewielkie problemy z rodziną, natomiast Thomas McCarthy genialnie wcielił się w rolę narzeczonego jego żony. Na największe brawa zasługują jednak moim zdaniem Zlatko Buric, który zagrał wielkiego rosyjskiego bossa i Woody Harrelson jako lekki dziwak Charlie. Można powiedzieć, że ci aktorzy zostali stworzeni właśnie do takich ról jakie tutaj zagrali. Reszta obsady nie wybiła się co prawda na wyżyny swoich możliwości, ale każdy zagrał porządnie, tak że nie ma w obsadzie aktora, któremu należałyby się baty.
No i zdjęcia Deana Semlera także stoją na wysokim poziomie. Tak samo sprawa ma się z muzyką Thomasa Wankera, jednak przy tym chciałbym się zatrzymać na dłużej. Scena, w której widzimy Jacksona biegnącego wraz ze swoją córką w stronę Charliego stojącego na wzgórzu i zwiastującego koniec świata, została wzbogacona o genialny utwór muzyczny, dzięki którego widz może poczuć się jakby właśnie oglądał wielką, epicką scenę. I właśnie ten moment w filmie podobał mi się najbardziej, za co Thomas Wanker powinien zostać nagrodzony wielkimi brawami.
Co więc mogę powiedzieć ogólnie o filmie? Wybierając się do kina szczerze spodziewałem się wielkiej klapy, w której jednym godnym polecenia aspektem będą efekty, natomiast jak już wcześniej wspomniałem zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Jak dla mnie „2012” okazał się naprawdę dobrym filmem, na którego warto poświęcić te niecałe trzy godziny seansu.

Manas

Tagi: